Dziennik rejsu 2016
Jachty Antila 27 :

Liberty – dziewczyny

Lucky – chłopcy
Port Macierzysty: Wilkasy
kapitanowie: Hipolit i Wolontariusz I, pierwszy Oficer: Wolontariuszka I

Załoga: uczniowie Gimnazjum i Liceum im św. Tomasza z Akwinu w Józefowi: Emilia, Helka, Hania, Aniela, Marysia, Agnieszka, Pamela, Jula oraz Hipolit, Adam, Karol, Paweł, Bartosz, Ksawery, Szymon, Janek

Rejs rozpoczęty: 1. IX. 2016, zakończony: 5. IX. 2016

Dzień I 01.09.2016 (czwartek)

Józefów godzina 14.30, tuż po rozpoczęciu roku szkolnego już 6-ty raz Akwinata Team wyjeżdża na rejs pełen wrażeń. Cytując szkolną szantę:

Płyną chłopcy i dziewczyny w rejs

Z Józefowa na Mazurski kres

Akwinata płynie w siną dal …

Zakładamy koszulki klubowe, święcimy bandery, ksiądz Konstantyn daje nam błogosławieństwo. Pakujemy mundurki i bagaże do przyczepy i wyruszamy w drogę (dla niektórych dość długą). Pierwsze trudne zadanie spotkało nas już na parkingu szkolnym- musimy podzielić grupę na trzy, jakoś się uporaliśmy z tą sprawą. W samochodach podzieliliśmy się na kl. I, II i business class . Podróż szykowała się interesująco bo siostry Helka i Emsi przygotowały śpiewniki z szantami. Oraz specjalne płyty z nimi i piosnkami znanego rybałty i minstrela z zamierzchłych lat ’60 ubiegłego wieku, uwielbianego przez kadrę rejsu. Zaraz po opuszczeniu szkolnego parkingu rozległo się w samochodzie

„Nigdy więcej nie patrz na mnie takim wzrokiem” – pomyśleliśmy nie jest dobrze.

Po drodze na pytanie czy zatrzymamy się w barze z dużym M w logo odpowiedziała nam cisza odpowiedzieliśmy na nią zgodnie

„Nigdy więcej mnie już nie karz martwą ciszą”.

Krótka wizyta w Mc-u i błyskawicznie do Giżycka, a tak właściwie do portu AZS w Wilkasach. Tu niektórzy załoganci  stali na kei oniemieli.  Pierwszy raz w życiu widzieli  jezioro Niegocin ! Nie mniej przejęte było jezioro, bowiem pierwszy raz w życiu wdziało ich…

–  jedno zaraz później:

Sprawdzanie jachtów,( „Nigdy więcej nie patrz na mnie tak jak dziś” ) rozdzielanie koi, zwiedzanie portu. Wieczorem kolacja rozpoczynająca rejs przy lokalu „przy tawernie”. Menu: kabanosy, ciasto piaskowe, pączki, toast kwasem chlebowym. Pierwsze posty na Fb późno w nocy. Każdy w swoim tempie szykuje się do spania. W porcie około 2 w nocy podobno dało się jeszcze słyszeć mazurską portową żeglarską ciszę.

Dzień II 02.09.2016 (piątek)

Piękny poranek w Wilkasach, pobudka o 6.30. I od razu wachty na pokładach zaczynają liczyć głośno sztućce i talerze. Upadające na pokład  noże, łyżki i widelce sprawiły, że poranek stał się faktem również dla tworzących nocną portową „ciszę”. Potem dzielimy się na załogi pływające  według klucza: „doświadczenie w kręceniu kabestanem bez handszpaka”. Żegnamy się z portem w Wilkasach (niestety na zbyt krótko) i wypływamy na jezioro Niegocin. Dopływamy do wyspy, przy której

Pływał raz marynarz, który żywił się wyłącznie pieprzem

Sypał pieprz do konfitury i do zupy mlecznej

a my jemy pożywne śniadanko oczywiście z warzywami i twarożkiem, który na męskiej łajbie w szafce z garnkami przetrwał nawet do ostatniego dnia rejsu. Jacht żeński (Liberty) daje popisowy pokaz składania masztu. Po lekcji, odebranej na męskim z pokorą, zrobiono to samo i bawiąc się w motorówki, poszliśmy do mostu obrotowego w Giżycku. Wchodzimy do kanału, przed którym obowiązkowo trzeba było zawyć czerwoną syreną okrętową. Wyszło średnio, ale powtórzyć już nie mogliśmy. Wyszliśmy z kanału, a tu już się zrobiła godzina 15. Tak, więc patelnie i garnki poszły w ruch razem z kucharzami jachtowymi Helką oraz Maryśką.

Płynie sobie rower wodny, płynie sobie rower wodny

jak w niego uderzymy to będzie podwodny

Późnym popołudniem wchodzimy do Sztynortu. Cumujemy przy kei dla rezydentów i jemy przepyszny obiadek – spaghetti (piątkowe). Potem wyruszamy na krótką schadzkę pod pałac, do starej kaplicy i herbaciarni. Nie obyło się oczywiście bez mierzenia „naszego” dębu. Piękny wieczór. Wracamy na jachty a tam na wachtowiczów czeka już zmywanie. Szybki prysznic, szybkie posty na fb i szybko spać, bo jutro następny dzień… ( niektórzy nie czuli się jeszcze zbyt zmęczeni, więc poszli na biegi) W porcie głośna zabawa, więc zasypianie przy dobrej muzyce było samą przyjemnością…

Rudy Joe, kiedy popił, Robił bardzo głupie miny,

Albo skakał też do wody i łowił Rekiny

Dzień III 03.09.2016 (sobota)

Pożegnaliśmy się z keją 10 i z portem w Sztynorcie o 7:00 AM. Ponieważ wypłynęliśmy  wczesnym rankiem o 10:00 AM rzuciliśmy kotwice przy brzegu niedaleko miejscowości Kal. Panowie przenieśli głazy i kamienie, aby powstało coś na kształt mini mola. Owo proste molo stało się niebawem naszym ulubionym deptakiem i suchą nogą. Przygotowaliśmy i zjedliśmy śniadanie, a po pożywnym posiłku poszliśmy zwiedzać Kal.

Na początek na cmentarz wojskowy, rosyjsko- niemiecki położony na wzgórzu, z, którego roztaczał się piękny widok na jezioro Święcajty. Doskonały i pouczający wykład Karola, wzbogacił naszą wiedzę na temat pierwszej wojny światowej. Następnie spacer do kolumny Kalskiej, przy której dowiedzieliśmy się, co nieco o nauce jaka wypływa dla ciebie, przechodniu gdy jesteś tu. Nauce co ciekawe, aktualnej w XVI wieku i dziś.

1:10 PM Znów wypływamy, tym razem w stronę Mamerek.

Zaraz potem gdy oko krzyknął ziemia, ziemia (!) statek admiralicji dobił do brzegu i Akwitańczycy postawili swoje stopy na Mamerskim piasku. Obwieszczono załogą: pora na zabawę! Czyli czas na odbycie się wieloletniej tradycji – chrztu, którego od dwóch dni bały się nowe twarze w załodze Akwinaty. Przyjęcie nowych do grona wodniaków Akwinaty rzecz ważna więc:

Na początek obrady Neptuna ze starszyzną szuwarową i omówienie sprawy (co i jak). Oblewanie wodą i pomazanie mułem jeziornym, obsypanie pierzem w obecności zdechłej ryby, oddzielanie glonów od wodorostów ewentualnie odróżnianie ich zmysłem smaku (czyli takie tam zwykłe dręczenie). Opis strasznych mąk podarujemy wrażliwemu czytelnikowi. Podsumowując, dla niektórych zakończyło się wszystko krótką kąpielą w ciepłym jeziorze, a przy okazji wypraniem ubrań.

Po odpłynięciu Neptuna ze świtą w błękitno zielonkawą toń jeziora, wymarsz do serca Mamerek do „miasta Brygidy”. Czyli wyprawa do bunkrów hitlerowskich, dawnej siedziby dowództwa niemieckich wojsk lądowych. Jednego z najważniejszych centrów dowodzenia III Rzeszy (oryginalny wykład w wykonaniu Ksawerego), Zobaczyliśmy tu kilka mniejszych schronów zaprojektowanych przez… samego Adolfa i bliźniaczy bunkier  z tym w którym Hitler urzędował pod Kętrzynem. A potem bieg na wieżę widokową o wysokości 38 m. Wracając zahaczyliśmy jeszcze o małe muzeum, w którym podziwialiśmy wnętrze schronów centrum dowodzenia, gdzie kiedyś rzędem stały maszyny szyfrujące Enigma, wnętrze łodzi podwodnej oraz m.in takie „artefakty” jak niemieckie „UFO” napędzane dzwonem wypełnionym czymś, co miało mieć konsystencje lekko ściętej galarety!

Nelson, angielski admirał, Strzeliłby se w łeb i kwita,

Gdyby wiedział co dokonał, Klos zwykły Kapitan

Mieliśmy iść jeszcze do okolicznych bunkrów, ale ledwo uciekliśmy przed obfitym deszczem. Zdążyliśmy jeszcze wysłać podwody do miejscowej faktorii by zaopatrzyć jachtowe spiżarnie. Po powrocie obiad wykonany przez jachtowych artystów kucharzy, składający się z naleśników z twarożkiem, nutellą, bądź owocami. I z absolutnego hitu rejsu:

Placków Ziemniaczanych po Mamersku – (gotowane ziemniaki + cebula + jajko = ciasto, które formujemy w małe placuszki, otaczamy je otrębami owsianymi i lekko podsmażamy na patelni. Na koniec kładziemy na placki plasterek żółtego sera i z kiszonym ogórkiem efekt doskonały). Obiad zjedzony, sjesta, deszcz…

Wieczorem obiecane na samym początku rejsu ognisko. Do ogniska zaprosiliśmy zziębniętych turystów z Niemiec. Dokonaliśmy z nimi ciekawej wymiany śpiewnik-szantownik akwinaty za mega czekoladę. Śpiewanie szant, gry i zabawy przeciągnęły się do 23.00, a o północy cisza nocna, chociaż przy kei inni żeglarze niestety balowali do późna.

Zabawa podmiejska,
Z soboty na niedzielę
Dłużej gra orkiestra.
Nie miejska, nie wiejska,
Zabawa podmiejska,

Dzień IV 04.09.2016 (niedziela)

Niedzielny poranek w porcie w Mamerkach. Budzi nas stukanie kropli o jacht i niesamowite opowieści bosmana.

Od rana pada/ leje, (jak kto woli) deszcz. Wszystko mokre. Śniadanie (na mokro) pod daszkiem. Uczucie zwykłej żeglarskiej, wszechobecnej wilgoci radując Neptuna doskwiera wszystkim.

A my szukamy dobrego miejsca, oglądamy wiaty i inne osłaniające od deszczu obiekty np. most właściwie to „pod mostem” w końcu wybór pada na schron. Stary schron – bunkier siłowni energetycznej. Zrobiliśmy pierwsze od wielu lat wielkie sprzątanie bunkra, przekształciliśmy go w schron przeciwdeszczowy i …

O godzinie 11.00 odbyła się Msza św. polowa w dawnym bunkrze energetycznym, dziś przeciwdeszczowym!  Ks. Konstantyn stwierdził, że pierwszy raz odprawiał nabożeństwo w takim miejscu.  Po skończonej Mszy Św. w deszczu i ze względu na brak wiatru płyniemy na silniku do Węgorzewa

Kiedy szliśmy przez Pacyfik była wtedy straszna flauta

Wprost na łajbę nam się złapał ruski kosmonauta

.. do Węgorzewa do tawerny portowej na herbatę i ciastka. Tam spotkaliśmy się z ks. Konstantynem i razem wysłuchaliśmy wykładu (w wykonaniu Hanki). O dyscyplinie na żaglowcach i karach na statkach, jakie się dostawało za różnego rodzaju przewinienia oraz o śrubie okrętowej (w wykonaniu Emsi). I tak np.: Jeżeli kapitan usłyszał kogokolwiek przeklinającego lub bluźniącego imię Boga, powinien ukarać go za każde takie przekroczenie, nakazując mu noszenie drewnianego kołnierza lub innych znaków piętnujących tak długo, jak sam uzna to za stosowne. Wobec recydywistów stosowano kneblowanie, skrobanie języka winowajcy, czy wypalanie dziury w języku rozgrzanym żelazem. Tymczasem lekko przesuszeni wyszliśmy w deszczowe miasto. Pożegnaliśmy ks. Konstantyna i wyruszyliśmy na spacer po Węgorzewie, po drodze deszczowy wykład (o Węgorzewie) wygłosiła Aniela.

Deszcz skrócił nasze zwiedzanie miasta. 17:00 Wróciliśmy do portu, szybko rzuciliśmy cumy i w drogę do Sztynortu. Po drodze mijamy perfekcyjne holowanie 17 łódek w dwie osoby, co robi na nas dość duże wrażenie. Cały czas idziemy na silniku – flauta i deszcz.

Czerwienieją w górze chmury, lśni od wschodu las

Westchnij za mazurskim wiatrem co popycha nas

Większość załogi siedziała pod pokładem, popijając ciepłe mleko, szykując obiad i czytając. Za mostem po postawieniu masztów, obiad przygotowany przez Helkę i Marysię. Podano risotto (ryż z mascarpone+kurczak+warzywa) obiadek trochę nas rozgrzał i poprawił humor.  Po posiłku łapiemy wiatr w żagle i kierujemy się do portu w Sztynorcie.

Białe żagle na masztach

jest to widok mocarny,

w sercu radość i siła ..

Do kei w porcie dobijamy wieczorem. Przed nami ostatnia noc. Zdecydowanie za krótka. Następnego dnia pobudka ok 6tej.

Dzień V (ostatni) 05.09.2016 (poniedziałek)

Pomimo spokojnego wstawania od 5:30 do ok 07.00 (degrengolada), spokojnego śniadania i ogółem spokojnych nastrojów, tego dnia zdarzyło się parę niespokojnych wydarzeń.

Zaczęło się w kanałach… Żaglówka męska przepłynęła je bez większego „szwanku”, damska z niemałym kłopotem. Pierwszy most pokonała bezbłędnie, przy drugim na chwilę straciła ster i.

Nagły huk w uszach grał i już atak trwał, To fregaty uzbrojone rzędem w setkę dział.

Czarny dym spowił nas, przyszedł śmierci czas,

Krzyk i lament innych kamratów, przerywany ogniem katów.

Ciepła krew poleje się strugami, Wygra ten kto utrzyma szyk …

…. Jak da Bóg ocalimy bryg.

szuwary były miękkim lądowaniem… Po wypłynięciu z kanału wiatry nam sprzyjały i to aż za bardzo. Zaliczyliśmy parę konkretnych, przyjemnych przechyłów. Żaglówka dziewcząt „potańczyła” nawet po jeziorze, niektórzy doświadczyli spotkania z boomem.

A bosman tylko zapiął płaszcz I zaklął. Ech do czorta!

Przedziwne czasem sny się ma, Dziesięć w skali Bauforta.

Nieuchronnie jednak zbliżała się chwila powrotu do portu w Wilkasach. Tak jak byliśmy umówieni z bosmanem w porcie, jachty Liberty i Lucky przycumowały ok 12.00. Powynosiliśmy bagaże do przyczepy, sklarowaliśmy jachty, pozmywaliśmy naczynia, policzyliśmy widelce, noże i talerze. Zdając jachty przypomnieliśmy sobie o  „Nigdy więcej nie miej takich zimnych oczu” czyli o depresyjnym trubadurze.  Chwilę pokręciliśmy się po porcie, zrobiliśmy ostatnie pamiątkowe zdjęcia i wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Żal nic tu nie pomoże,
Łzy twoje i mój płacz.
Nikt nie uciszy morza,
Nie zatrzyma biegu fal

Ale, ale, okazało się, że to jednak nie koniec atrakcji na dzień dzisiejszy. W drodze zahaczyliśmy o Ryn, tam poszliśmy na pyszny obiad, a potem niespodzianka – kręgle. Dużo emocji, śmiechu, radości. Po zabawie ostatni toast zdrowym, naszym, jachtowym kwasem chlebowym. Ostatnie przemówienia Anieli i Karola. I jeszcze, na koniec bieg do zamku w Rynie zobaczyć salę z wiszącą u góry firaną. Po Rynie została nam już tylko droga powrotna.

Dzień gaśnie w szarej mgle, wiatr strąca krople z drzew.
Sznur kormoranów w locie splątał się,  pożegnał ciepły dzień,
ostatni dzień w mazurskich stronach.
W drodze ostatnie szanty, stacja Łomża i wspomnienia o Wilkasach, kanale Łuczańskim, Węgorzewskim, Niegocińskim, rzece Węgorapie, jeziorach Niegocińskim, Kisajnie, Dargin, Kirsajty, Mamry, Święcajty i Tajty. Portach w Sztynorcie, Węgorzewie, Wilkasach, plaży w Mamerkach, molo w Kalu. Luźne uwagi o wadach i zaletach Antili 27 – i do domu ..

Ahoj przygodo ! Przygodo (?) będziesz tam za rok?