JACHTING LOG-BOOK:

Jacht Typu Slup Janmor 28
Nazwa: „Wiking”.
Armator: A.T.
Port macierzysty: Zamek Giżycko
Kapitan: Wolontariusz
Załoga: uczniowie Gimnazjum i Liceum im św. Tomasza z Akwinu; K, H, A, S, zwani Akwinata Team.

Rejs rozpoczęty dnia 28 VIII 2011 Zakończony dnia 31 VIII 2011

„Teraz więc w takim porządku zacznijmy wykładać nasz przedmiot, aby od korzenia posuwać się w górę ku gałęzi drzewa”
(Anonim tzw. Gall, Kronika polska)

Datum in Giżycko, VIII XXIX sub anno Domini Duo Milia Undecym. XI Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego.
18:30 Załoga jeszcze nie kompletna, ale już pod kapitanem, generałem, oficerem, bosmanem, sternikiem, kuchmistrzem i wolontariuszem. Załoga była zaokrętowała się na jednostce jeszcze pływającej o porażającej i niekobiecej nazwie „Wiking”. Luki bagażowe zostały wypełnione, czyli jak nazywają to ortodoksi jacht zaształowany, ładunek i jacht zabezpieczony. O 20:00. Załoga udała się do pobliskich barów portowych, przystanków kolejowych i poczekalni PKSowych w celu zwerbowania reszty załogi. Na pokład wróciliśmy z jednym sympatycznym i pobożnym gdańszczaninem/akwitańczykiem i godzinie 21: 30 zarządzono ciszę nocną na pokładzie.
Nocne harce tych wstrętnych motorowodniaków skaczących w rytmie dyskotekowym słusznie minionych lat ’70-tych (np. karaoke z BonyM) mącił spokój naszego snu a co gorsze kapitańskiego.

Datum in Giżycko Anno Domini MMXI, 29 sierpnia rocznica męczeństwa św. Jana Chrzciciela poniedziałek.
Gdy wschodzące słońce pojawiło się na nieboskłonie tupot naszych stóp po pokładzie trwał już kilka minut i o 06:00 obudził także niewyspanych i zmęczonych po nocnych podskokach wstrętnych motorowodniaków co przyjęliśmy my i kapitan z nieukrywaną radością. Po krótkim żeglarskim śniadaniu, na które podano parówki po Giżycku ala A.i S w folii na półciepło przyszło nam odpłynąć. Smętnie zaśpiewaliśmy „żegnaj nam dostojny stary porcie”
Cumy rzucono o 08: 45 zakończywszy tym skomplikowany proces odcumowywania. Wypłynęliśmy z portu ostatecznie wpłynęliśmy na kanał i po 150m na szerokie wody głębokiego na 39m jeziora Niegocin. Widoczność bardzo dobra. Zachmurzenie brak, opady brak, temp.18°C.
09:30 kanał Niegociński 1200m, jezioro Tajty. Przebywszy kanał i jezioro Tajty wciągnęliśmy żagle na maszt. Wiatr 1°B siłą woli przecinaliśmy lazurowe wody Kisajna. Przepłynęliśmy obok Dębowej Wyspy następnie słuchając zajmującego wykładu o lodach i lodowcach wpłynęliśmy na jezioro Dargin 37m gł. W końcu zawiało i pomyślne wiatry dowiały nas do zacisznego portu w Sztynorcie. Tam nasz gościnny kucharz wydał uroczysty i wykwintny obiad dając jednocześnie dużo pracy pomywaczom talerzy. Wybraliśmy się na wycieczkę po Sztynorcie. Pałac dawnych gospodarzy, który tam zobaczyliśmy był bardzo malowniczy przypominał romantyczne ruiny z obrazków M.E. Andriollego a fragment dachu zastępowało bocianie gniazdo. Po powrocie czekała nas niemiła niespodzianka w postaci informacji, że pomywacze talerzy w tym i innych portach to my tzn. załoga. O buncie nie było mowy…patrz 29 sierpnia. Po tym niemiłym incydencie ale jakże potrzebnym o 15:00 rzuciliśmy cumy. Odeszliśmy na wiosłach i postawiwszy żagle na jeziorze Dargin. Rozpoczęliśmy poszukiwanie jachtu dogodnego do zabordowania w celu pozyskania puszki np. z mielonką na kolację. Rzuciliśmy się w pogoń za interesującym jachtem w kierunku zatoki Łabap. Do abordażu nie doszło była to jednostka przyjacielaska. Podsumowując zatoka Łabap nie dostarczyła nam jednostki do abordażu. Zamiast mielonki natrafiliśmy tu jednak na mieliznę, która jako element rzeźby polodowcowej nie była w puszce. Zawiało wiatr W około 3°B. Skierowaliśmy się w stronę dość wysokiej wyspy która przypominała wyglądem wyspę skarbów opisaną przez Roberta Louisa Stevensona jej szczyty bieliły się z daleka. Rozbudziło to nasze nadzieje na przygodę i odkrycie skarbów zakopanych przez miejscowego Szalonego Rogera. I tak wpłynęliśmy na głębokie na 22m jezioro Dobskie przywitało nas ono z daleka odczuwalnym rezerwatem, którym okazała się być jak głosi pismo nasza wyspa. Lądem pełnym śladów fizjologii Czarnego Ptaka przez ornitologów nazywanym KORMORANEM. Popieramy pomysły ekologów by WC ptaszydeł czynić rezerwatem i prosimy o więcej takich pomysłów.
Oddalając się od tego nieprzyzwoitego miejsca popłynęliśmy w stronę wyspy Gilma mając pewność, że nawet Szalony Roger nie ukryłby ani mielonki ani skarbu na Białej Wyspie Czarnego Ptaka. Po licznych i zapewne niebezpiecznych manewrach rzuciliśmy kotwice o 17:55 po północnej bezwietrznej stronie wyspy Gilma. Temp 24°C. słonecznie.
Zapadliśmy w drzemkę śniło nam się, że wpław cielesnością własną dobiliśmy do brzegu wyspy. Przedzierając się przez wrogie zastępy krwiopijców pokonując zielony gąszcz wspinaliśmy się wąską ścieżką na stare grodzisko pogańskich Galindów którego mężniej niż krwiopijcy bronił kiedyś Yzegups, ostatni wódz Galindów. Ciężko dysząc zdobyliśmy szczyt wyspy w całej okolicy większe od niego było tylko nasze rozczarowanie. Skarb Szalonego Rogera zniknął bezpowrotnie i zdaje się, że dość dawno temu. Po chwili nasza konsternacja osiągnęła jeszcze większy szczyt, gdy okazało się, że wyspa jest złodziejem nie tylko skarbów i kropli naszej krwi, ale i zgodnie z pogłoskami mocy. Baterie w aparatach „padły”. Nie mogliśmy utrwalić naszego pobytu na wyspie za pomocą fotografii. Chwyciliśmy, więc za swoje finki by wykonać pamiątkowe ryty nadrzewne, lecz kapitan skutecznie wyhamował nasze zapędy kaligraficzne. Nasz pobyt i widok ruin XIX wiecznej kaplicy pozostało nam utrwalić tradycyjnie w pamięci własnej.
Po powrocie na okręt załogę czekało niezwykłe widowisko artystyczne. Ostatni załogant „skroczył” na jacht. A konkretnie skroczył na trapik przy koszu dziobowym. Jego twarz wyrażała zdziwienie i nieopisany żal z powyższego faktu – trapik nie wyrażał nic.
Pokrzepieni tym snem o godzinie 19:00 odbijamy z płycizny przy wyspie Krwiopijców wiatr S 1°B zachmurzenie małe, słońce. Kurs na północ ku małej zacisznej i romantycznej zatoczce z dala od porannych krów. 19:30 rzucamy kotwice a nawet dwie i upragniona kolacja a na nią „Dobski stół” po posiłku załoga dostaje pozwolenie na zejście na ląd !… co na to ekolodzy? 20:50 z radością uzupełniamy powyższe.

W nocy deszcz.

Datum in Doba Anno Domini Duo Milia Undecym 30 sierpnia wtorek
Pobudka 06:00 jednakże Morfeusz w którego władzy była nie tylko załoga ale i kapitan był innego zdania i wypuścił nas ze swoich szpon o 06:59 czyli wyszło prawie zgodnie z planem o szóstej. Śniadanie znakomite płatki z mlekiem na Dobańskim Rogu mistrz ceremoni A. Słonecznie, temp 14°C, wiatr z SW 3 do 4°B. 08:05 podnosimy kotwice i na popychaczu odchodzimy od lądu. Na Dobańskim Rogu zostawiliśmy pamiątki, które zastaliśmy wcześniej w innym miejscu. Na żaglach pełnych wiatrów pełnych podążyliśmy w stronę wyspy Czarnego Ptaka. Chcieliśmy zobaczyć czy z zachodniej strony wyspa jest również tak jak z wschodniej „biała” po dotarciu okazało się, że i tu spełnia wymagania ekologów by stać się rezerwatem. Kontemplacja wyspy pochłonęła na tak, że „zawinąwszy się na wyspie wzięliśmy kurs powrotny. Zdziwienie nastąpiło przy kropce. Tymczasem zaskoczeni nagłą zmianą kierunku wiatru, z którym już walczyliśmy posłusznie wykonywaliśmy kolejne liczne komendy: „do zwrotu przez sztag!” „lewy foka szot luz! prawy foka szot wybierz!” i odwrotnie „załoga na na lewą burtę” i odwrotnie. Po dotarciu do kropki, która okazała się wyspą i to wczorajszą znajomą, Gilmą zdziwienie nasze osiągnęło granice. Ponownie, więc udaliśmy się w stronę wyspy Czarnego Ptaka tym razem nie zawijając się na niej. Nie zdziwiło nas, więc że tym razem za wyspą wiatr się nie zmienił pogoda też bez zmian. I tak przed nami otworzyły się szerokie wody jeziora Łabap. Czując się nie świeżo po wczorajszych i dzisiejszych wrażeniach o 12:00 zostaliśmy przywiani do portu i term portowych w Sztynorcie. O 13:00 byliśmy już pod żagalami odważnie płynąc po jeziorze Dargin (37,5m głębokości). Powyżej Poganckich Kęp prawdopodobnie zatopiony w 1945 roku wrogi, czyli nieprzyjacielski czołg podwodny odstrzelił nam ster. Pozbawieni poczucia kierunku i humoru poddaliśmy się błogiemu uczuciu dryfowania (no bo co mieliśmy robić). Pogoda dopisywała, bezchmurnie, więc nadal słonecznie, 21°C wiatr 4°B SW niestety. Widząc naszą przyszłość w miękkich i płytkich szuwarach przyglądaliśmy się poczynaniom wstrętnych motorowodniaków. Spostrzegliśmy, że ich główną siłą napędową jest silnik! Podobne urządzenie znajdowało się na rufie naszego jachtu. Poinformowaliśmy o naszych spostrzeżeniach kapitana on sprytnie ukrył zdziwienie i po długim namyśle polecił załodze zapoznać się z instrukcją obsługi brr silnika. Oględziny urządzenia skutkowały małą detonacją i wewnętrznym pożarem doprowadzając całość do dymienia i warczenia co stanowiło istotę jego działania. Niestety spostrzeżenie przez przezornie wystawione „oko” zbliżającego się do nas mostu wymusiło o 14:30 położenie masztu na naszym „Wikingu”. Wskutek powyższego nasz apetyt wzrósł i kapitan zażądał od kucharza wydanie obiadu. Wspaniałe Polędwiczki po Kirsajtsku do była odpowiedź kucharza. Po konsumpcji bosman naprawił ster postawiliśmy maszt i obraliśmy pokrętny kurs na Mamerki. Mamry mimo głębokości 43,8m nosiły resztki licznych elementów rzeźby polodowcowej o które nieomieszkaliśmy zahaczyć mieczem i świeżo naprawionym sterem. Miecz podobno wysunął się ze skrzyni mieczowej i znajdował się pod jachtem w wodzie. Kapitan gorąco namawiał nas do porzucenia zamiaru oglądania go.
Kanał Mazurski witał nas o 17:05 obfitymi kamieniami, o które liczyliśmy zawadzić zafascynowani ich wielkością. Niestety sternik unieszczęśliwił nas sprytnie je omijając, więc rzuciliśmy kotwice w portowej Lagunie Mamerek. Natychmiast przypłynęła tu na sygnale policja i za nią wodne pogotowie ratunkowe okazało się, że to nie do nas (spokojnie to tylko manewry). Po kilku nieudanych próbach kąpieli o 17:55 udaliśmy się na wycieczkę zaczepno-rozpoznawczą po okolicy. Zainteresowały nas modernistyczne budowle o charakterystycznym wyglądzie bunkrów. Wbrew pozorom nie okazały się one elementami rzeźby polodowcowej, lecz bunkrami z „krwi i kości”. Z przewodnikiem w ręku obejrzeliśmy bunkier – kotłownie, i bunkier- elektrownie. Nasz Generał zafascynował się trawą morską, która w mieszance z betonem pokrywała bunkry. Szukaliśmy tedy bunkier mleczarnie, ale znaleźliśmy bunkier łaźnię i bunkier spełniający wymogi nadmorskiej toalety. Dlaczego to wszystko było w bunkrach!? Podczas gdy my krążyliśmy wokół bunkrów dookoła nas krążyły stada poniemieckich komarów, zmusiło to nas w końcu do bezładnego odwrotu niczym rosyjskie dywizje w roku 1941. Po powrocie poprzez kapitańską radiostację połączyliśmy się z rodzicami informując ich o naszym położeniu i stanie. Wnet nastąpiło standardowe znęcanie się przez jedną część załogi nad drugą częścią załogi, co ukryte było pod sprytną nazwą pasowanie na żeglarza mazurskiego. O 18:40 piękny zachód słońca temp 23 °C w końcu kucharz przerwał te miłe igraszki zaproszeniem na kolację dla wszystkich uczestników rejsu. Z powodu „padającego” akumulatora (syndrom wyspy Gilma?) dziwnie wcześnie zarządzono ciszę nocną. Cisza nocna była by nawet uszanowana gdyby nie konieczność uzupełnienia przy latarce niniejszego dziennika.

Noc spokojna

Die XXXI Augusti A. D. MMXI – Mamerki 31 sierpnia wspomnienie św św. Rajmunda Nonnata był on generałem zakonu mercedarian, którzy wbrew pozorom zajmowali się przede wszystkim wykupem chrześcijan z niewoli u Maurów.
06:00 Pobudka Morfeusz znów zamierzał forsować swoje racje jednakowoż bosman zwykłym prostym żeglarskim językiem poderwał załogę na nogi. Wydzielając jednocześnie skromne racje żywnościowe będące w stanie stałym, ciekłym i co dziwne również w lepkim. Godzina 07:00 po skromnym posiłku rozpoczęliśmy szybki marsz wzdłuż Kanału Mazurskiego. Słonecznie temp 14°C. Na przeprawie drogi żelaznej przez kanał wysłuchaliśmy informacji o kanale dlaczego 51,5 km, jak długo, kto, po co i kiedy. Potem mijaliśmy dziwne budowle wodne, których zasadnicze elementy konstrukcji metalowo-mechanicznych zwiedzają od dawna szerokie tereny matki Rosji. Pokonywaliśmy rozmiękłą ścieżkę i liczne chaszcze spotkane na swojej drodze (maczety potrzebne nie były). Dotarliśmy do olbrzymiej śluzy właściwej w Leśniewie, która o dziwo nie posiadała żadnych śladów śluzu. Zdziwienie nasze było wielkie, gdy stwierdziliśmy, iż charakter bunkrów udzielił się też tej budowli. Nic więc dziwnego, że prosty radziecki żołnierz targnął się z ostrą amunicją na te monumentalne dzieło prusko-faszystowskiej, betonowej architektury, wtedy jeszcze zawierającej zapewne elementy metalowe. Wszedłszy na wzniesienie, ze zgrozą zobaczyliśmy tablice informującą o konieczności wniesienia opłaty za to, co już zobaczyliśmy (!). Suponując, że te agresywne tablice zostały być może wytworzone przez wstrętnych, cuchnących benzyną, motorowodniaków, kompletnie je zignorowaliśmy. Na obecność naszych milusińskich wskazywały następujące oznaki: pierwotnie biała skarpetka w oknie jednej z przyczep, oraz porozrzucane kanistry. Tu też zorganizowano ni z gruchy, ni z pietruchy, park linowy owijając licznymi linami śluzę niczym paczkę pod choinkę. Odwrót nasz o 10:30 miał charakter zorganizowany, a jego tempo nadawał najmłodszy członek załogi. Z ogromną ulgą weszliśmy na pokład naszego normalnie i ciągle żaglowego jachtu „Wiking”. Jego idealne proporcje, obecność metalowych części, wskazywały na przeminięcie sowieckiego barbarzyństwa, w tym konkretnym miejscu. Po powrocie intendenta z zakupionym chlebem zasiedliśmy do zasłużonego śniadania. Jajecznica po Mamersku zaostrzyła apetyt na dzień pełen przygód. O 12:50 temp 24°C wiatr około 3°B podnosimy kotwice kierując się we wcześniej wyznaczonym kierunku. Jednym halsem dotarliśmy do Giżycka. Patrzcie jak skróciłem! Tu za pomocą piktogramów, rozmieszczonych przy wejściu do kanału dowiedzieliśmy się o konieczności złożenia masztu (więc bom out,a maszt down). Kapitan przez radiostacje własną uzyskał informacje o godzinach obrócenia mostu obrotowego we właściwy, czyli pożądany przez nas sposób. Bardzo malowniczy kanał długości 2,1 km wykopano w latach 1765-1772 Po dotarciu do celu most okazał się być obrócony niewłaściwie. Przeto zapoznaliśmy się z jego historią i działaniem i spożyliśmy Flaki po Łuczańsku na kanale Łuczańskim– otwarcie mostu obrotowego, w sposób brutalny, przerwało nam biesiadę. Po zacumowaniu w porcie „Zamek”, dokończyliśmy obiad spożywając Klopsiki jak by inaczej po Zamkowemu. Tu zmuszono nas do zwykłych poniżających prac zaczynając od normalnego zmywaka, skończywszy na pomywaniu „wszystkiego” a wszystko przez nią – blądowłosą właścicielkę „Wikinga” – amatorkę i okrutną kapitalistkę (jednakże i ona uległa naszemu czarowi, wrodzonemu urokowi i godności osobistej) i tak zdaliśmy „Wikinga”. Nadzieję w tym znoju dawał nam samochód stojący przy kei, którego nadziewaliśmy w zamian bagażami. Ostatecznie nadzialiśmy go również sobą i o 18:00 gdy pogoda byla piekna i słoneczna 25°C wiatr wielce zachęcający odpłynęliśmy, tfuu odjechaliśmy z portu.
Na koniec uczniowie Gimnazjum i Liceum im św. Tomasza z Akwinu K, H. A, S. zwani Akwinata Team ustalili co następuje: Jesliby sie przydało, iżeby niktory żeglarz sie potym chciał pytać albo badać, czyje by to było dozwolenie i na ty dziennik spisanie jakich tych to opatrznych a uczciwych natenczas będących i dokazujących żeglarzy, rzekąc jeśli by kto z nas i po nas potem będących tem się chciał przeciwić słowy albo ktoremkolwiek obyczajem bądź, taki ode czci i od żagli ma być odsądzon.
KONIEC

PS
„Ten, kto za młodu w czterech ścianach siedzi,
Będzie mieć umysł jak te ściany ciasny”.
Shakespeare