„Jeżeli nie wiesz, do jakiego portu płyniesz,

żaden wiatr nie będzie właściwy”. (Seneka Młodszy)

DZIENNIK JACHTOWY

JACHTING LOG-BOOK:

Jacht. Typu – big boats take the glory, little boats make the sailor.

Port macierzysty – Węgorzewo.

Kapitan – wolontariusz.

Załoga: uczniowie Gimnazjum i Liceum im św. Tomasza z Akwinu – ZZ, AL, HR, KM, SD – Akwinata Team.

Rejs rozpoczęty dnia 02-09-2012. Zakończony dnia 05 09 2012.

„Teraz więc w takim porządku zacznijmy wykładać nasz przedmiot, aby od korzenia posuwać się w górę ku gałęzi drzewa”. (Anonim tzw. Gall, Kronika polska)

 

02.08.2012

Godzina 19:00. Dominica

Zaokrętowanie: Węgorzewo, port. Zachodzące przepięknie na czerwono słońce wróży pogodę.

Uroczystą inaugurację rejsu rozpoczęliśmy pauzą na cześć nieobecnych.

Następnie od razu przeszliśmy do portu na jajecznicę, mijając po drodze zamek i tamę odpowiedzialną za wszystko. Choć A. za dużo powiedział. W tawernie portowej zasiedliśmy w loży kapitańskiej. Biesiadując, słuchaliśmy opowieści o Węgoborku, młynie, tamie z roku 1554, hydraulice i potopie; nie omieszkaliśmy skorzystać z sala de la diarrea. Zakaz spania przy stolikach sprowokował nas do opuszczenia lokalu (podejrzewaliśmy, że taki rodzaj snu wybierają wstrętni motorowodniacy). / / Dwie kreski, druga grubsza.

03.09.2012. Feria secunda

Tradycyjna portowa pobudka – godz. 7:00, temp. 12° C, słońce, wiatr nieokreślony. Śniadanie Sol La Mi, chyba Kuba Nosy i herbata, po węgorapsku z głodującego czajnika.

Po lustracji z godziny 8:00 I oficer z kapitanem wykryli uszkodzenie steru i silnika. 8:30 – właściciel rozpoczął naprawę. 9:00 – nadal ster. 10:00 – zdemontowano i zabrano gdzieś silnik. 10:30 – kapitan zażądał nowego silnika. Silnik zabrano komu innemu (w końcu). Kapitan zapytał właściciela, czy uzupełniono paliwo (jest i +5l). 11: 00 – wypływamy lento. Po śniadaniu ani śladu, a my chcemy już obiadu.

Płyniemy, godz. 11:05 i 400 m, później silnik zmienił plan i nie pracuje. Jesteśmy na Węgorapie, a właściwie na Kanale Węgorzewskim. Przed nami możliwość spotkania z transmazurakiem żeglugi mazurskiej. Załoga jachtu PŁOCK ZeRo DRyfu (czyli bez nazwy) pozdrawia : Jimiego Hendriksa, który nas holował do jeziora Mamry, Erika Claptona za dobre rady oraz Carlosa Santanę za asystę w potrzebie. Pozdrowienia szczególne dla kapitana Jimiego Hendriksa za bezrefleksyjną pomoc. Sternikowi wcale nie wypominamy „szuwary”. Na jeziorze Mamry dzięki abordażowi na nieznany jacht pozyskaliśmy 5 litrów ulubionego płynu motorowodniaków, płynu napędzającego zwanego benzyną (niestety). Teraz mogliśmy szczerze pozdrowić właściciela Janmora28. Wciągając grot na maszt, pozdrawialiśmy właściciela ponownie i szczególnie długo. Grot okazał się w końcówce czteroosobowy. Jednym halsem andantino dotarliśmy na jezioro Kirsajty, gotując wodę w ciągle głodnym czajniku. Tu dzięki stale zapowietrzającemu się silnikowi przeżyliśmy wiele niezapomnianych chwil. Spożyliśmy zupki aminokirsajdzkie mieszane kładzionym masztem. Przepływając pod sztynorckim mostem, zauważyliśmy, że kotwica brodzi (ma brodę). Załogant H. kilkoma sprawnymi cięciami myśliwskiej nożomaczety ogolił kotwicę. Broda trzymała się na jednym. Za mostem Zbyszek (presto vivacissimo) zawleczka SF! A potem stemkudo kurczak po dargińsku z jednym halsem bez przechyłu. Sprytnie ominęliśmy tajemniczo zatopione czołgi, jednocześnie ostatecznie żegnaliśmy zeszły rok. Pogwarzyliśmy trochę z Z. o śrubach okrętowych. Wdzięcznie minęliśmy Dębową Górkę. Presto, no, może allegro zbliżaliśmy się do portu Almaturu w Giżycku. Tuż przed portem przez słynną już radiostację jachtową skontaktowaliśmy się z naszą agentką, wcześniej uwięzioną przez nas w Twierdzy Boyen. Agentka donosiła, że od dłuższego czasu wypuszczała w naszym kierunku ostatnie przeszkolone w działalności agenturalnej gołębie pocztowe, lecz te wybierały kierunek na Elbląg, Berlin i Królewiec. Po lądowaniu na ziemi Almaturu prestissimo udaliśmy się do twierdzy Boyen. W nagrodę za uwolnienie agentka przekazała nam zebrane wcześniej informacje na temat twierdzy, w tym również supertajną na temat jej nazwy, mniej tajne dotyczące latryn pruskich opartych na dyrektywach napoleońskich i zupełnie nietajne, a dotyczące zwykłych pruskich zmilitaryzowanych firanek ważących 700 kg sztuka w wersji wojennej i lekko pancernych firanek 350 kg w wersji pokojowej. Zaskoczyła nas jawna informacja o dziedzicznej gwarancji i odpowiedzialności dawanej wojsku na prace przez budowniczych twierdzy. Normalny dzień żołnierze zamknięci w twierdzy spędzali na rozpoznawaniu wrogich oficerów, następnie strzelaniu do nich. Dowiedzieliśmy się, że co istotniejsze elementy wyposażenia twierdzy Boyen zostały „zagospodarowane” w słusznie minionej przeszłości. Znaczący brak ofiar wśród żołnierzy walczących o twierdzę szaleni decydenci zrekompensowali, instalując w twierdzy tuż obok stacji gołębi pocztowych ubojnię kurczaków. Tak zrealizowali swą żądzę krwi. Nad ubojnią zainstalowano księgowych, by wszystko dokładnie kalkulować i rejestrować, pokazując to i owo w słupkach i wykresach. Poza powyższym Twierdza Boyen, wzniesiona w latach 1844-1856, jest dobrym przykładem pruskiej szkoły fortyfikacyjnej. Położona jest na zachód od Giżycka, na przesmyku pomiędzy dużymi jeziorami Niegocin i Kisajno. Godz. 20:00. Po przesłuchaniu i uwolnieniu agentki, która natychmiast oddaliła się prawdopodobnie na zasłużony odpoczynek, sami udaliśmy się andante na pruską kolację w porcie. Po jej spożyciu uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy jedynymi żywymi agentami w pełnym jachtów porcie Almaturu. / / Dwie kreski, druga grubsza.

04.09.2012. Feria tertia

Pobudka – 6:30, temp. 14° C, słońce, wiatr 1-2° B.

Po typowym pruskim śniadaniu (salami w kształcie bagietki z pomidorami plus czarna herbata a’la Boyen) wypływamy z portu adagio, kierunek Fuledzki Róg. Natychmiast oddaliśmy się ulubionemu zajęciu żeglarzy – halsówce. Wybraliśmy zachodnią trasę przez Kisajno. Kilka godzin później nadal halsujemy. Wiatr mocniejszy, zmienny, słońce i 20° C.

Godzina 14:00, J. Dobskie. Tym razem wyspa czarnego ptaka nie przywitała nas swym charakterystycznym zapachem, a to zapewne ze względu na północny wiatr. Natomiast ujrzeliśmy typowe wrześniowe modernistyczne choinki, co w tym miejscu wcale nas nie zdziwiło. Godz. 15:00. Wyspa Gilma nie odebrała mocy z naszej jachtowej maszynowni, nie uczyniła szkód w aparacie fotograficznym. Ruina bez zmian, krwiopijców brak. Odbiliśmy od jej brzegów, ale tym razem wyspa Gilma nieznaną siłą, być może perswazji, uniosła dno Jeziora Dobskiego i tak utknęliśmy na malej mieliźnie, co kolejny raz urozmaiciło nasz pobyt u jej brzegów. Po tych niecodziennych zdarzeniach z żaglami wypełnionymi wiatrem płynęliśmy moderato do portu w Sztynorcie, do znanych i upragnionych Term Sztynorckich. Koło wiadomo jakiej wyspy spotkaliśmy Łotra szukającego dwóch japonek (pływających w jeziorze razem lub oddzielnie). Grzecznie wyjaśniliśmy, że nie jesteśmy zainteresowani ludem Kraju Kwitnącej Wiśni ani też wyrobami obuwniczymi. Łotr odpłynął z naszym wiatrem, a my, przeczuwając powtórkę z Pearl Harbor (japonki w wodzie), pośpieszyliśmy w kierunku portu, by sprawdzić, czy po nalocie japonek sprawne są tam prysznice. 16:00, temp. 24° C, słonecznie. Sztynort. Wszystko stoi na miejscu, więc na obiad zjedliśmy tallarines al alfredo, a następnie zaraz kolację. Cała załoga ciężko pracowała, najpierw szorując siebie, potem garnki, talerze, a na końcu pokład naszej łajby. Po zaształowaniu jachtu postanowiliśmy, że nie odpłyniemy, lecz oddamy się słodkiej dekadencji. Obejrzeliśmy park i przytuliliśmy w nim drzewa. Zjedliśmy ponownie kolację i z radością oddaliśmy się pisaniu niniejszego dziennika. Z zaproszenia hrabiny von Lehndorff na herbatkę do herbaciarni nie skorzystalibyśmy, gdyż ta ostatnia w ciągu ostatnich 60-ciu lat uległa daleko posuniętej destrukcji. / / (druga grubsza)

PS. Niestety (godz. 02:00, 05.09.12) rozmiękczone ognistymi płynami głosy chórków portowych basowymi falsetami wykonywały szeroki repertuar w wąskich rejestrach do późnych godzin przy akompaniamencie bezlitośnie tłukących się o maszty cusików.

/ / Dwie kreski, druga grubsza.

05.09.12. Feria quarta

Pobudka 5:30. 12° C, słońce, wiatr orzeźwiający.

Zamiast śniadania od rana głos bosmana, jak to bywa w życiu żeglarzy praca przy żaglach, kładzenie masztu i naprawa jednak odstrzelonego steru (tajemnicze czołgi). W końcu za mostem sztynorckim, ale już w zatoce Bodma śniadanie, i tu zaskoczenie: na śniadanie bigos. Bigos wg Bodmy, czyli przegląd menu rejsu bez kapusty, za to w zestawie szynka z dżemem. Poznając jezioro Święcajty, poznawaliśmy jednocześnie nowe zaskakujące zestawienia smakowe, a w okolicy Kociej Wyspy dopijaliśmy herbatę po bosmańsku. Z ulgą i rozkoszą wylądowaliśmy na wybrzeżu w Kalu. Innym razem opiszemy piękną wieżę ciśnień w Kalu, z której widok na Mamry zatyka dech w piersi. A tymczasem, gwarząc w podgrupach o peruwiańskich puszczach, odnaleźliśmy na zapuszczonym starym cmentarzu w Kalu Kolumnę Kalską. Stojąc przed nią, rozważaliśmy różne teorie na temat jej powstania i chłonęliśmy informacje od jak zwykle przygotowanego K. na temat krzyży i kolumn pokutnych. W końcu przeczytaliśmy na kolumnie:

„W świąteczny dzień dwie pary gorącą miłością złączone tu zostały ogniem Wulkana naznaczone. Ciała spalone oraz odarte ze wstydu chlubnego sąsiedzi odkryli na trzeci dzień dopiero. I któż by nie uwierzył, że cichy ogień strawił kości tych, co praw Boskich nie słuchają w skrytości. Stąd nauka wypływa dla ciebie, przechodniu, pobożna, że to kara, bo bez Boga kochać nie można”.

Ceglany pomnik wzniesiono w XVI wieku. Napisy wykonano w czterech językach: po polsku, niemiecku, litewsku i łacinie, tak by mógł go odczytać każdy mieszkaniec okolic. Na początku XX w. niemiecka administracja nakazała zatynkować tablice z napisami po polsku i litewsku.

Wracając, rzuciliśmy okiem na inną historię tej ziemi kalskiej. Obejrzeliśmy cmentarz żołnierzy rosyjskich i niemieckich poległych w czasie I wojny światowej. Jak zwykle po obu stronach konfliktu spotkaliśmy polsko brzmiące nazwiska. Po powrocie na jacht załogant H. udowodnił kapitanowi i pozostałej braci żeglarskiej, że potrafi skoczyć na ląd…

Godzina 12:00, temp.18° C, mżawka, wiatr około 3-4° B. Wypływamy na Święcajty. Bosman z pomocnikami rozpoczęli gorączkowe poszukiwanie miejsca na rozpoczęcie rytualnego znęcania się nad nowymi członkami załogi Akwinata Team. Znaleźliśmy przytulną zatoczkę przy Kalskim Rogu z widokiem na Kocią Wyspę. Przy padającym deszczu i zimne wodzie nie bez kłopotu udało nam się zmusić naszych „nowych” do brawurowego skoku w otchłań jeziora Święcajty. Kierowało nami znane powszechnie twierdzenie: „Jeśli wydaje ci się, że masz rację, to masz rację!”. Następnie prawdopodobnie znikąd pojawił się Neptun, władca mórz i oceanów. Neptun uczynił naszych nowych załogantów szczęśliwymi, gdyż osobiście do nich przemówił. Powiadomił ich o wypadnięciu wioseł. Następnie wyrzucił je daleko do wody. „Idźcie i przynieście lub płyńcie i przypłyńcie”, coś w tym rodzaju powiedział Neptun. A. i Z., pokonując nagle pojawiające się bałwany wodne i szuwary oraz przestrzenie między nimi, zdołali przynieść wiosła. Ze względu na skrajnie trudne warunki atmosferyczne Neptun ku uciesze nieszczęśników zrezygnował z rytualnego całowania go w bardzo wielki i jedyny palec u nogi. Ci próbowali odwdzięczyć się Neptunowi, ochlapując go wodą z pomocą właśnie zdobytych wioseł. Wielką i nieopisaną radość sprawili swym czynem nieszczęśni Neptunowi. Ten pozwolił swym pomocnikom odwdzięczyć się, polewając ich kilkoma wiaderkami zimnej, ale świeżej Święcajtskiej Jeziorowej. Kapitan w tym czasie ze „spokojem” fotografował scenki rodzajowe. Po tej wymianie uprzejmości Neptun za pomocą wioseł przyjął w poczet załogi Akwinata Team załogantów A. i Z. Potem wszyscy przeszli bez urazy do drugiego dania, spożywając coś dziwnego, co przygotował naprędce osobiście Neptun. Zapewne było to spaghetti a’la Świecajty udające bolognese lub odwrotnie. Danie to odznaczało się szerokimi walorami smakowymi. Zdanie to podzielały również białe ptaki, z którymi się nim dzieliliśmy. Krótki fragment rejsu do Kanału Węgorzewskiego pomińmy milczeniem. Zaznaczyć należy jednak, że upłynął vivo na przemiłych pogawędkach o wstrętnych motorowodniakach i szorowaniu pokładu (przy padającym deszczu).

Godzina 14:30, Kanał Wegorzewski. 15:00 – port, mycie powierzchni wszelakich, szykowanie jachtu do przekazania armatorowi. Prace odbierał kapitan. Rejs zakończyliśmy, oglądając bomboodporną willę Heinricha Himmlera wraz z bomboodpornym garażem. Napotkane turystki (pozdrawiamy) określiły naszą załogę jako „grupę bardzo sympatyczną”, co po powrocie z rekonesansu przekazaliśmy Kapitanowi.

Ahoj… I może do przyszłego roku.

PS. Tą drogą przepraszamy za niewysłane, ale doręczone pocztówki. Niezorientowanych uświadamiamy, że część załogi naprawdę lubi nuty.