DZIENNIK JACHTOWY – JACHTING LOG-BOOK

Dziennik Rejsu 2015

Jachty Typu Slup, Phila 880

Aleksander – Dziewczęta

Aleksander XII – Chłopcy

Port macierzysty: Ruda

Kapitanowie Wolontariusz I i Wolontariusz II

I Oficer Wolontariuszka I

Załoga: uczniowie Gimnazjum i Liceum im św. Tomasza z Akwinu:

Marianna, Aniela, Hania, Emilia, Joanna, Jagoda, Basia, Helena oraz Karol, Szymon, Paweł, Ksawery, Zbyszek, Hipolit, Rafał, czyli zwani i znani Wodniacy z Akwinata Team.

Rejs rozpoczęty: 1. IX. 2015, zakończony: 4. IX. 2015

 

 

„Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę”

 

Dzień pierwszy 1 09 15 (wtorek)

Józefów, godzina 15:00. Załoga gotowa by wyruszyć na kolejną żeglarską przygodę. Droga spokojna choć różne środki lokomocji. Po drodze pierwsze zakupy na wieczorne ognisko.

Ruda, godzina 19:00, jesteśmy przy kei. Ostatnie tchnienie potężnego Lata AD 2015.

Temperatura 30 °C. Silny gorący, zachodni wiatr. Zaokrętowanie jak zwykle sprawne (pewnie dzięki wzajemnej pomocy). Pamiętając smutne doświadczenia z poprzednich rejsów silniki, paliwo i osprzęt sprawdzone, sztućce, talerze i kapoki przeliczone, kotwice sklarowane.

Ognisko, kiełbaski, wspomnienia z rejsów i wakacji (walki płonącymi żagwiami, skoki przez ogień, pierwsze próby chodzenia po rozżarzonych węglach oczywiście nie miały miejsca). Następnie każdy musiał odstać swoje parę minut w kolejce do łazienki. Wszyscy poszli spać

o w miarę przyzwoitej porze – 24tej z sekuundami. Dzień: niedługi, niekrótki, miły.

 

Dzień drugi 2 09 15 (środa)

Pobudka godzina 6:30. Ciepło 21°C. Silny wiatr. Spadające gwałtownie ciśnienie i pięknie nasuwający się front atmosferyczny zwiastowały gwałtowne i huczne zakończenie lata.

Godzina 7:30. Potężna burza przypieczętowała powyższe. My tymczasem w pięknych okolicznościach przyrody zabraliśmy się za wcześniej przygotowane ekskluzywne śniadanko jachtowe. Były to jajka GMO free. Przy patelni cudowała Hanka, przy czajniku chłopcy. Po godzinie mogliśmy dzięki temu posmakować lekko podgrzaną, gazowaną wodę z kamieniem.

Później, jak na żeglarzy przystało, pojechaliśmy Pilotem, Pasatem i z Picasso zdobywać twierdzę Boyen – egzotyczna koalicja: japoniec, niemiec i francuzik. Zdobyliśmy ją o 10:00, mundury dopięte, buty lśniły wypastowane jak to u zdobywców. W bramie witała nas sympatyczna blondynka, która była naszym przewodnikiem. Dzięki naszej niezwykle kompetentnej i towarzyskiej przewodniczce poznaliśmy wiele faktów na temat twierdzy. Zdobyliśmy informacje i doświadczenia do wykorzystania w przyszłości np. na temat organizacji naszych przyszłych, własnych domów. Między innymi niepiękna część naszej wycieczki czerpała natchnienie odnośnie układu cegieł i ich doboru. Piękna część nie mogła zdecydować się czy działa umieszczone na wałach twierdzy, skierowane były lufami do wewnątrz czy na zewnątrz twierdzy (Helena,” – chytra baba z Rudej, usiłuje mi zabrać dziennik”). Jednak paniom trudno było nie zauważyć wdzięcznych siedemdziesięciokilogramowych firanek. Przyjemności trwały do 13.00. Gdy doszliśmy do pamiątek, grupa ponownie ożyła. Całą swoją pozytywną energię przeznaczyliśmy na zakupy i trochę na sprzątanie jachtów po powrocie. Z zakupami uwinęliśmy się szybko, ze sprzątaniem nieco gorzej.

Mimo licznych przeszkód o godzinie 14:00 rzuciliśmy cumy postawiliśmy żagle i za chwilę wpłynęliśmy na piękne jezioro Niegocin. Płynąc kanałem Niegocińskim, Helena i Barbara zatrąbiły parę razy. Pogoda rozpogodziła się, nasze humory także. Przeprawienie się przez jezioro Kisajno poszło jak z płatka, (za to u panów, niektórzy w przechyłach krzyczeli cienkim głosem łapiąc się niekoniecznie stałych elementów jachtu). Już o dwudziestej prawie taranowaliśmy port w Sztynorcie. Tu manewrując miedzy jachtami i keją dowiedzieliśmy się, że silnik na Aleksandrze ma uszkodzony wsteczny. Niezwykły to widok gdy komandorowi włosy stają dęba.. a keja zdaje się pędzić na nas. Doświadczenie wygrało z materią i już po chwili, damska część załogi (Hela.D, Jagoda.M) zadbała o nasze żołądki. Panie rozpoczęły produkcje pysznych, żaglowych kanapek z: pasztetem, serem, twarożkiem, serkiem topionym. Każda syto doprawiona zieleniną, ogórkiem i pomidorem, przyprawami i sosem do wyboru: majonez, sos chrzanowy, musztarda francuska. Czas mijał a kanapki płynęły, płynęły, łyknęły. Po pysznej kolacji większość załogi zmożona wiatrem, słońcem, deszczem i twierdzą, owładnięta snem nawet nie zdążyła zrezygnować z prysznica. Nasz dzień dobiegł końca, a z sąsiadujących jachtów podobno jeszcze długo dało się słyszeć coraz mniej wyraźne, senne szanty.

 

Dzień trzeci 03 09 15 (czwartek)

Dzień zaczął się chętnie i żywo, choć po pobudce o 6.00 wszyscy długo zbierali się do wyjścia na mokry od porannej rosy pokład. Niebo pochmurne, z prześwitami słońca. Temperatura 16/17°C, wiatr 1 w skali Beauforta.

Godzina 8:00 rzucamy cumy i żegnaj nam dostojny stary porcie. Kurs na j. Dobskie, Dobe i wyspa Gilme. Płynąc wpadłyśmy na pomysł zrobienia naleśników (autorstwa Ani.A, Basi.D, Jadwigi.M). Początkowo miały być z Nutellą własnej roboty, dlatego Jagoda zadzwoniła po przepis do swojej mamy.

Przepis na ”żeglarską nutellę” jadaną na jachtach, czasem w dobrych domach też:
śmietana 36%- 400 ml
4 czekolady po 100g

(Jak są orzechy laskowe lub migdały

To zmielić i dać, jak nie – nie szkodzi)

To topimy (nie w morzu) i mieszamy razem
Później schładzać 12h

Apetyt wszystkim dopisywał. Śniadanie odbyło się o… 12.00 po Dobie. Zgodnie z planem, już od rana, staraliśmy się zredukować całe zapasy mięsne (jutro piątek). Nadszedł czas na kąpiele na luksusowej Riwierze Dobskiej alternatywnie zwanej plażą gminną w Dobie. Pierwsi chłopcy potem dziewczyny ale w tym czasie chłopcy oglądali już stary kościółek w Dobie. Kościółek na naszą prośbę udostępniła nam bardzo sympatyczna pani – pozdrawiamy. Słońce naprawdę przypiekało 26 stopni Celsjusza. Odbyła się krótka narada nad charakterem, w jakim miał odbyć się chrzest nowych uczestników rejsu Akwinaty (czyli prze okrutne znęcanie się i dręczenie przez pomocników niejakiego Neptuna). Ostatecznie był z wodą, błotem i śmiechem. Po nim zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie już oficjalnej załogi. Na koniec cząstka Różańca Świętego w zrujnowanym kościółku na Gilmie. W drodze powrotnej po raz kolejny mieliśmy przyjemność przyjrzeć się Wyspie Kormoranów i to naprawdę dłuuugoo. Przez lornetki każdy zainteresowany miał możliwość doglądania tych pięknych zwierząt. Są one dość interesujące. Teraz dzięki kompletnej flaucie czekało na nas już tylko nieproste dopłynięcie do portu w Sztynorcie.

Pogoda znacznie się poprawiła.

Twarze wszystkich chłonęły ciepłe

promienie wieczornego słońca.

– Woda gładka jak lustro.

Teraz, o tej porze, była wrażliwa,

dotykał ją każdy nawet najlżejszy

dech wiatru.

A żagle ledwo się napinały,

nadając swoimi wątłymi siłami

wolną, – prędkość jachtu.

Z tą atmosferą dwunasta keja przyjęła nas swoimi „cumiakami”. Po przycumowaniu obu Aleksandrów część załogi poszła do sztynorckiego sklepu, by sporządzić zapasy na czekający nas już ostatni dzień. Mieliśmy na to 32 minuty (była 19.28). Za kilkadziesiąt minut miała nas opuścić, tak spokojna atmosfera. Dla niektórych miało nastąpić może najtrudniejsze 40 minut życia.

– Stało się, ten czas zmienił nas błyskawicznie. Z dzieci staliśmy się dorosłymi. Nikt nie pozostał bierny. Chłopcy na wylotach dwóch dróg z portu kontrolowali pojazdy. Rozstawieni trójkami w porcie obserwowaliśmy port i otoczenie. Na jachtach dziewczyny rozpoczęły intencjonalną modlitwę, przeczesywaliśmy wspólnie: bary, keje, jachty, zarośla, hangary. Atmosfera gęstniała z każdą chwilą nikt ukrywał, że w tym czasie wypłynęło z nas wiele obaw i lęków a wyobraźnia podsuwała następne. Gdy byliśmy zdecydowani na włączenie w sprawę profesjonalistów, chłopcy stojący na drodze usłyszeli z daleka nadchodzący śpiew. To ktoś wracał z poszukiwania marzeń…

Atmosfera stopniowo powracała do normy a to za sprawą Zbigniewa, który leżąc na hamaku odbył z Komandorem następujący dialog: Zbig: „przepraszam Pana ale odnoszę nieodparte wrażenie, że sytuacja jest wyjątkowo napięta. Na to Komandor: Taak.. zachęcony Z. ciągnął dalej: Proponuję rozładowanie sytuacji. Taak … co proponujesz? Proponuję żebyśmy zorganizowali grę. Tak – jaką grę? – W chowanego proszę Pana.. w chowanego…”. Oraz za pomocą kilku zielonych herbat i mlecznej czekolady z orzechami podobno działa relaksująco. Po prysznicach za 12 zł od osoby (Sztynort tani nie jest) czekało na nas jeszcze wieczorno-nocne szantowanie na Aleksandrze. I właśnie wtedy powstała nasza szanta Akwinatka.

 

REJS AKWINATY – muzyka J.Porębski – zapewne każdy zna.
I.) Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział
Młody czy masz czas?
Potrzebuję do mej floty nową parę łap
Na mazury popłyniemy Mamry, Śniardwy i
Wszystkie wyspy zdobędziemy, Boże pozwól mi!

Ref.

Płyną chłopcy i dziewczyny w rejs
Z Józefowa na Mazurski kres
Akwinata płynie w siną dal
A kapitan dumnie patrzy nań.
Płyną chłopcy i dziewczyny w rejs
Z Józefowa na Mazurski kres.
Płyńmy razem tam gdzie wiatr nas gna
Żadne chmury nie przegonią nas.

 

II.) Słońce świętego Tomasza dumnie nosimy
Zbieramy naszą załogę już wypływamy.
Biały żagiel rozwijamy, wybierz foka szot
Zaraz bom Cię trzepnie w głowę i wylecisz stąd

ref

III.) Już wschód słońca, nasz kapitan znowu budzi nas
Czerwienieją w górze chmury, lśni od wschodu las
Westchnij za mazurskim wiatrem co popycha nas
Ponad wodą Niegocina dźwięczy męski bas.
Ref.

IV.) Płyńmy pod banderą naszą przez wspaniały świat
Białe i błękitne barwy ozdabiają jacht.
Wypłyniemy z nami razem na ocean snów.
By tam marzyć wszyscy razem o zdobyciu mórz. …..

Ref.

V.) Praca wre na jachcie, obiad robimy.
Naleśniki z bananami wnet usmażymy.
Grudki palcem rozdrabniamy, bo miksera brak
Chłopcy chochlę nam podają, pragniemy jej tak

Ref. płyną chłopcy i dziewczyny w rejs
z Józefowa na Mazurski..

Ref.

 

Po wszystkich wydarzeniach tego dnia każdy udał się do swojej koi by z upływem kilku minut poczuć swój sen na powiekach.

Dzień czwarty 04 09 15 (piątek)

(17:40:10 doczekaliśmy się słońca)
Dzień zaczął się dla chłopców o szóstej parę, a dla dziewczyn o siódmej parę i dla całej załogi od śniadania. Ten dzień miał być tym ostatnim. Po długim bezskutecznym porannym rozruchu, silnik na Aleksandrze zapalił dopiero na pych. Wypłynęliśmy. Za jachtowymi oknami lał bez przerwy miotany wiatrem deszcz, wiatr wył na wantach, woda sfalowana.

„Smooth seas do not make skillful sailors”

Wszyscy nie niezbędni przesiadywali pod pokładami, pisano ostatnie listy i pocztówki do bliskich, spędzano czas grając w kości, konsumując żeglarskie przekąski typu chleb tostowy+ser i ogrzewając się herbatą. Niektórzy siedzieli w śpiworach. Ale byli i tacy którzy na pokładzie przeżywali prawdziwą ucztę mazurskich klimatów. Giżycko i most obrotowy przerwały na chwilę sielankę, zrobiliśmy obiad. Skorzystaliśmy tu z niejednej atrakcji… . Między innymi z kontroli środków bezpieczeństwa na jachtach, dokumentów i uprawnień sterników, przeprowadzonej skrupulatnie przez funkcjonariuszy Urzędu Żeglugi Śródlądowej wszystko było OK., potem odwiedziliśmy sklep!. Następnie ruszyliśmy w dalszą drogę powrotną.

W Rudzie czekało nas sporo roboty. Od razu po dopłynięciu wszyscy zajęli się rozpakowywaniem, przenoszeniem, zapakowywaniem i klarowaniem. Wszyscy byli naprawdę zajęci. Na koniec odśpiewaliśmy naszą szantę parę razy, posililiśmy się przed podróżnym obiadem i wyruszyliśmy.

Droga dla kierowców okazała się bardzo męcząca. Pasażerowie wspólnie musieli bardzo pilnować, żeby nie zmorzył ich sen. Panowie w swoim aucie śpiewali od Łomży aż do Warszawy (repertuar jak należy się domyślać różny…) Zatrzymaliśmy się jeszcze po raz ostatni na małym uzupełnieniu brakującej energii w MC. Kolejnym postojem była jeszcze stacja, gdzie kierowcy musieli dotlenić i rozciągnąć swoje śpiące mięśnie a chłopcy ostudzić rozgrzane struny głosowe. Po tym droga była już bez przeszkód.

Pod nasza szkołę dotarliśmy około 23 z minutami. Wszyscy mieli sen na powiekach i szczęście na twarzy. Każdy wziął swoje bagaże. Nasza żeglarska szanta została odśpiewana po raz ostatni i może zbyt głośno za co sąsiadów przepraszamy. Pożegnaliśmy się z uśmiechem. Każdy ze swoimi rzeczami i wspomnieniami udał się do swojego domu. Rejs zmienił nas nie do poznania nic dziwnego, że nie wszystkich wpuszczono do domów. I dokumenty Rafała okazały się być w samochodzie Dybowskich. Ale o tym dowiedzieliśmy się już po rozjeździe.

PS. Dziennik nie zawierał lokowania produktów. Wszystkie marki wymieniono z młodzieńczego entuzjazmu.

Oczywiście też: wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest zupełnie przypadkowe.

Ahoj ! i do następnego rejsu.